Trzy problemy z czynem ciągłym

Tak zatytułowałem swoją glosę, która jakiś czas temu ukazała się w czasopiśmie „Gdańskie Studia Prawnicze. Przegląd Orzecznictwa” (nr 2/2011, s.167–175). Do egzemplarza czasopisma dotarłem wczoraj po południu w wydziałowej czytelni. Dotychczas byłem przekonany, że numer „fizycznie” jeszcze nie wyszedł. Wybór miejsca publikacji nie był przypadkowy, w glosie bowiem omawiam wyrok tamtejszego sądu apelacyjnego (wyrok SA w Gdańsku z 17 września 2009 r., sygnatura II AKa 181/09; w systemie LEX pod nr 607732).

Spójrzmy najpierw na stan faktyczny. Przemytnik haszyszu przewoził narkotyki drogą morską z Maroka do Polski. Z powodu kontroli granicznej część towaru została wykryta i zatrzymana przez holenderskie służby celne. Do Polski udało się dostarczyć pozostałą część ładunku w postaci znacznej ilości haszyszu. W trakcie całego procederu oskarżony dwukrotnie udzielił korzyści majątkowej funkcjonariuszowi Straży Granicznej, aby skłonić go do odstąpienia od kontroli celnej kontenera i umożliwić przemyt narkotyków (jw., s. 168).

Przemyt powinien zostać zakwalifikowany z art. 55 ust. 1 w. zw. z ust. 3 ustawy z dnia 29 lipca 2005 r. o przeciwdziałaniu narkomanii (ogłoszona w Dzienniku Ustaw z 2005 r. Nr 179, poz. 1485 z późn. zm.), natomiast skorumpowanie celnika z art. 229 § 1 w zw. z § 3 Kodeksu karnego. Oba zachowania, wzięte z osobna nie muszą mieć ze sobą wiele wspólnego. Jeżeli jednak zostały podjęte w krótkich odstępach czasu (tak było) i w wykonaniu z góry powziętego zamiaru (tak było, ponieważ wręczenie łapówki stanowiło środek do skutecznego przemytu), to zostały spełnione przesłanki tak zwanego czynu ciągłego z art. 12 k.k., i zachowania te należy uznać za jeden czyn zabroniony. Z uwagi na to, że ten sam czyn wyczerpał znamiona opisane w dwóch różnych przepisach, a nie ma podstaw do wyeliminowania któregoś z nich z kwalifikacji prawnej czynu, należy uznać ich zbieg za rzeczywisty i kumulatywny w oparciu o art. 11 § 2 k.k.

Dla przeciętnego studenta prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego powyższy wywód nie powinien budzić wątpliwości.

Jednakże Sąd Apelacyjny w Gdańsku uznał (odmiennie niż sąd okręgowy niższej instancji), że zastosowanie art. 12 k.k. nie byłoby w omawianej sprawie właściwe. Na kanwie analizowanego stanu faktycznego sąd ten sformułował kilka dyskusyjnych tez, które z uwagi na swą ogólność mogą się nadawać do stosowania w innych sprawach. W glosie krytycznie komentuję następujące poglądy sądu:
1. „Fakt, że sprawca z góry założył, że popełni wiele czynów zabronionych, nie daje podstawy do potraktowania ich jako jednego przestępstwa”.
2. „Dwa lub więcej zachowań uważa się za jeden czyn zabroniony (art. 12 k.k.), jeżeli zachowania te zostały podjęte w wykonaniu z góry powziętego zamiaru. Jest oczywiste, że idzie o realizację jednorodnych działań (zachowań) […]”
3. „Jeżeli odrębne zachowania realizują odrębne typy przestępstw, to nie łączy ich z góry powzięty zamiar, lecz tylko osoba sprawcy”.

Proszę zerknąć do treści art. 12 k.k. i porównać ją z wypunktowanymi twierdzeniami.
– pierwsze z nich jest ewidentnie centra legem, ponieważ właśnie art. 12 k.k. daje podstawy do potraktowania wielu zachowań jako jednego przestępstwa, jeśli sprawca z góry założył, że popełni wiele czynów zabronionych.
– w obrębie drugiej tezy sąd wprowadził do art. 12 k.k. znamię jednorodności, które – jakkolwiek byśmy go nie rozumieli – jest nieznane ustawie. Szerzej tego komentować nie trzeba.
– trzecie twierdzenie ma postać implikacji, która po prostym podstawieniu elementów stanu faktycznego doprowadzi do wniosków kontrfaktycznych: dwa zachowania przemytnika realizowały odrębne typy przestępstw, a zatem (jak chciałby sąd) nie łączył ich z góry powzięty zamiar – choć faktycznie właśnie taki zamiar je łączył.

To tylko próbka analiz, które szerzej uzasadniam w glosie. Zacytowane tezy sądu są nieścisłe również z innych powodów, ale o tym więcej już w rzeczonym tekście, do którego lektury zachęcam wszystkich zainteresowanych.

Być może przedstawiona w glosie konfrontacja poglądów na temat art. 12 k.k. wpisze się w debatę o przyszłości tego przepisu, którym intensywnie zajmuje się Komisja Kodyfikacyjna Prawa Karnego. W najbliższy piątek 1 czerwca na konferencji „15-lecie Kodyfikacji Karnych” w Krakowie Profesor Andrzej Zoll będzie prezentował przymiarki legislacyjne dotyczące między innymi czynu ciągłego. Miejsca w auli są już wyczerpane.

Na koniec dwie uwagi techniczne.

Po pierwsze, proszę zauważyć, że w czasopiśmie „Gdańskie Studia Prawnicze. Przegląd Orzecznictwa” każda glosa posiada swój własny tytuł. Wydaje mi się to dobrą praktyką, pozwala bowiem szybko rozeznać się w tematyce glos na podstawie spisu treści, bez potrzeby sięgania do ich streszczeń czy tez.

Po drugie muszę stwierdzić, że do opublikowanej wersji mojej glosy wkradł się błąd literowy – ale dość znaczący, szczególnie z perspektywy ewentualnej polemiki z moimi poglądami. Na stronie 169 i 170 (mowa o wersji papierowej czasopisma) znajduje się zdanie: „Po drugie, należy zauważyć, że zachowania wchodzące w skład czynu ciągłego, często bez względu na zastosowaną metodę interpretacyjną, będą się nadawały do samodzielnego wartościowania jako osobne «te same czyny» w sensie art. 1 § 1 k.k.” Na końcu zdania oczywiście powinien znajdować się art. 11 § 1 k.k., a nie jak błędnie podano „art. 1 § 1 k.k.” Porównałem wersję opublikowaną glosy z tekstem wysłanym do wydawnictwa po korekcie autorskiej i stwierdzam, że mój tekst nie zawierał opisanego błędu. Literówka zapewne wkradła się do glosy na etapie składu, podobnie jak brak kropki po skrócie „art” oraz brak spacji między cyferką „1” i skrótem „k.k.” w tym samym zdaniu. W tym wypadku drobny błąd literowy może zaważyć na merytorycznej ocenie glosy. Szanownym Czytelnikom byłem więc winny to krótkie wyjaśnienie.

Określoność czynu, czyli jak korzystać z drabiny

Określony skutek

W ubiegły piątek 18 maja brałem udział w zebraniu naukowym Katedry Prawa Karnego UJ, które było poświęcone dopuszczalności stosowania w prawie karnym przepisu blankietowego. Rzecz sprowadza się do pytania, czy wszystkie znamiona czynu zabronionego powinny być całościowo określone w ustawie, czy też w pewnych wypadkach jest dopuszczalne odesłanie do regulacji pozaustawowych (rozporządzeń, przepisów prawa miejscowego czy regulacji nie mających statusu prawa powszechnie obowiązującego). Kolejna kwestia dotyczy granic owego odesłania (blankietu), w kontekście podstawowej dla prawa karnego, konstytucyjnej zasady nullum crimen sine lege. W rezultacie dochodzimy do pytania, czy karne przepisy blankietowe są zgodne z Konstytucją.

Na zebraniu był omawiany między innymi art. 231 § 1 Kodeksu karnego, często podawany jako przykład przepisu, który stoi już na granicy ustawowej określoności. Brzmi on: „Funkcjonariusz publiczny, który, przekraczając swoje uprawnienia lub nie dopełniając obowiązków, działa na szkodę interesu publicznego lub prywatnego, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”. Blankietem (odesłaniem) do regulacji pozaustawowych jest ten fragment przepisu, który charakteryzuje zachowanie sprawcy jako „przekroczenie uprawnień” albo „niedopełnienie obowiązków”. Uprawnienia i obowiązki funkcjonariuszy publicznych zawierają przepisy różnego typu, których ustawa z góry nie określa. Czy jest to zgodne z zasadą: nie ma przestępstwa bez ustawy?

Ograniczając się w tym miejscu do małego fragmentu zagadnienia, sądzę, że wątpliwości co do konstytucyjności art. 231 § 1 k.k. są spotęgowane przez potraktowanie tego przepisu jako typu przestępstwa formalnego (penalizującego samo zachowanie sprawcy, bez względu na wynikające z niego skutki).

Na zebraniu stwierdziłem, że opowiedzenie się za opcją uznającą art. 231 § 1 k.k. za typ materialny (skutkowy), którego skutkiem byłoby narażenie na niebezpieczeństwo powstania szkody albo powstanie szkody, prowadziłoby do konieczności obiektywnego przypisania tego skutku do zachowania funkcjonariusza publicznego. Procedura tego przypisania, coraz dokładniej opracowywana w nauce prawa karnego, stanowiłaby dookreślenie – przynajmniej do pewnego stopnia – znamion przedmiotowych omawianego przestępstwa. Stwierdzenie przekroczenia uprawnień lub nie dopełnienia obowiązków byłoby tylko jedną z przesłanek przypisania skutku do czynu funkcjonariusza publicznego. Mogłoby to osłabić zarzut braku dostatecznej określoności znamion tego przestępstwa. Taką linię argumentacyjną przedstawił niedawno Marek Bielski w „Przeglądzie Sądowym” z września 2011 r. (s. 72–83).

W doktrynie nie ma jednak zgody co do uznania art. 231 § 1 k.k. za przestępstwo materialne.

Nieokreślona ostrożność

Problem okazuje się jednak bardziej ogólny. Dla jego pobieżnego zilustrowania proponuję przeprowadzić następujący eksperyment myślowy. Wyobraźmy sobie art. 231 § 1 k.k. bez słów: „przekraczając swoje uprawnienia lub nie dopełniając obowiązków”, czyli w następującym brzmieniu: „Funkcjonariusz publiczny, który działa na szkodę interesu publicznego lub prywatnego, podlega karze…”. Zastanówmy się, czym się różni wyobrażony sobie przez nas przepis na przykład od przestępstwa z art. 148 § 1 k.k.: „Kto zabija człowieka, podlega karze…”? Nie chodzi przy tym o ich semantyczną zawartość, lecz konstrukcję i zestaw znamion.

Zakładając, że oba są typami skutkowymi – różnic w zasadzie nie ma. Wynika z tego, że występujące w aktualnym brzmieniu art. 231 § 1 k.k. dopowiedzenie: „przekraczając swoje uprawnienia lub nie dopełniając obowiązków” dookreśla reguły postępowania z dobrem prawnym tylko do tych reguł, które wynikają z różnych – bądź co bądź istniejących – uregulowań wiążących funkcjonariusza w sprawowaniu jego funkcji publicznej w zakresie jego zawodowych uprawnień i obowiązków.

Takiego doprecyzowania reguł postępowania brak w przypadku wielu przestępstw skutkowych. Art. 9 § 2 k.k., który określa ogólne przesłanki odpowiedzialności za przestępstwo nieumyślne, mówi o regułach ostrożności wymaganych w danych okolicznościach. W porównaniu z określeniem zawartym w art. 231 § 1 k.k., konstrukcja z art. 9 § 2 k.k. okazuje się blankietem ewidentnie zupełnym! Co to bowiem znaczy, że ostrożność jest wymagana „w danych okolicznościach”? Oznacza to, że w pewnych sytuacjach reguły ostrożności dookreślające znamiona czynu zabronionego będą wynikały z regulacji nie mających charakteru przepisów powszechnie obowiązujących. Przykładem mogą być liczne reguły różnych dyscyplin sportowych, ustanawiane przez podmioty nie mające nic wspólnego z funkcjonowaniem instytucji publicznych (a niekiedy nawet do końca nie skodyfikowane).

Wniosek z tego, że nie sposób sensownie kwestionować konstytucyjności art. 231 § 1 k.k., bez jednoczesnego kwestionowania konstytucyjności przepisów określających materialne typy przestępstw.

Od razu trzeba jednak uczciwie powiedzieć, że nie dającą się zaakceptować alternatywą dla blankietowego rozwiązania przyjętego w art. 9 § 2 k.k. jest pojawienie się niezliczonej ilości ustaw, rozporządzeń, zarządzeń, regulaminów i innych tworów normatywnych, regulujących takie zagadnienia jak np. zasady wchodzenia po drabinie, reguły używania krzesła czy ministerialne wytyczne na temat gotowania zupy. Maksymalna określoność znamion czynu zabronionego w ustawie jest nieżyciową utopią.

Koherencja normatywna

Na koniec dzisiejszych wywodów spróbuję pokrótce przedstawić ogólne zarysy procedury, która mogłaby posłużyć do zbadania, czy dowolny przepis blankietowy spełnia konstytucyjny wymóg zewnętrznej i wewnętrznej określoności czynu zabronionego. Poniższy pomysł przyszedł mi do głowy kilka tygodni temu, na kanwie referatu wygłaszanego przez Piotra Kiziukiewicza na seminarium doktoranckim Profesora Andrzeja Zolla. Był on wtedy krótko dyskutowany, a dziś skorzystam z okazji, by go jeszcze raz zaprezentować. Nazwijmy go testem koherencji normatywnej:

1. Pomiędzy przepisem typizującym czyn zabroniony, który – zgodnie z nowoczesną teorią norm sprzężonych – wysławia w szczególności hipotezę normy sankcjonującej, decydującą o zakresie karalności danego rodzaju zachowań, a normą sankcjonowaną dedukowaną z opisu czynu zabronionego, musi zachodzić koherencja normatywna.

2. Koherencja normatywna zachodzi wtedy, gdy ze sformułowania przepisu typizującego czyn zabroniony da się wyprowadzić normę sankcjonowaną, to znaczy da się odpowiedzieć na pytanie, jakiego typu zachowania są bezprawne.

3. Mówiąc o bezprawności zachowań określonego typu, chodzi o przynajmniej ogólną charakterystykę zachowań z określonej dziedziny życia.

4. Ustawowy blankiet nie spełnia wymogu określoności czynu zabronionego, gdy nie da się na jego podstawie określić, jakie zachowania są bezprawne, i jaki typ zachowań może się stać podstawą regulacji, do której blankiet odsyła.

Test koherencji normatywnej w powyższym ujęciu przechodzi pozytywnie art. 231 § 1 k.k. Trudno jednak uznać, aby rezultatem pozytywnym zakończyło się badanie koherencji normatywnej art. 54 Kodeksu wykroczeń („Kto wykracza przeciwko wydanym z upoważnienia ustawy przepisom porządkowym o zachowaniu się w miejscach publicznych, podlega karze grzywny do 500 złotych albo karze nagany”).

W tym świetle proponuję przyjąć, że obowiązkiem ustawodawcy jest określenie w przepisie blankietowym w zgeneralizowany i zbiorczy sposób, jakiego typu zachowań z określonej dziedziny życia mogą dotyczyć regulacje pozaustawowe, których funkcją będzie doprecyzowanie znamion danego czynu zabronionego.

Pytanie do wykładu

Katedra Prawa Karnego Uniwersytetu Jagiellońskiego, w której jestem doktorantem, dobrze wykorzystuje możliwości oferowane przez internet. To już trzeci rok akademicki, gdy cotygodniowo są rejestrowane wykłady z prawa karnego, a nagrania video pojawiają się systematycznie na stronie internetowej Katedry. Wykłady możemy obejrzeć w dowolnej chwili i dowolną ilość razy bez wychodzenia z domu.

Drugie, oryginalne rozwiązanie, skrojone na miarę naszych internetowych czasów, to możliwość zadawania pytań do wykładu za pośrednictwem formularza on-line. Studenci chyba jednak nie oswoili się jeszcze z myślą, że sieć może służyć do oglądania wykładu z ulubionego przedmiotu, zaś Profesor prowadzący wykład interaktywnie udzieli odpowiedzi na zgłoszone pytania. Świadczy o tym statystyka: w poprzednim roku akademickim (2010/2011) za pomocą formularza zostało zgłoszone tylko jedno pytanie, zaś w aktualnym roku akademickim 2011/2012 zaledwie trzy. Tendencja jest co prawda wzrostowa (przebicie o 300%), trudno jednak uznać, aby możliwości opcji „zadaj pytanie” zostały w pełni wykorzystane.

Pocieszające jest to, że wszystkie dotychczas zadane pytania okazały się bardzo sensowne. Aby nie być gołosłownym, proponuję przyjrzeć się tegorocznym pytaniom oraz streszczeniom odpowiedzi udzielonych przez Profesora Zolla. Pytania dotyczyły dość zaawansowanych zagadnień, a mianowicie:
1) odróżnienia zamiaru wynikowego od świadomej nieumyślności,
2) możliwości uznania za przestępstwo zachowania polegającego na przeciąganiu postępowania sądowego w celu utrudnienia życia innej osobie,
3) różnicy między usiłowaniem nieudolnym a tak zwaną nieudolnością usiłowania.
Prawda, że brzmi to dość abstrakcyjnie?

Na pytanie pierwsze Profesor Andrzej Zoll odpowiedział na początku wykładu 5 stycznia 2012 r. Decydujące dla odróżnienia zamiaru wynikowego od nieumyślności jest przeżycie psychiczne po stronie sprawcy: czy odrzuca on przewidywaną przez siebie możliwość popełnienia czynu zabronionego, czy też jej nie odrzuca. Profesor podał przykład kierowcy, który wyprzedza „na trzeciego”, licząc na swój mocny samochód i umiejętności. Kierowca zazwyczaj wyklucza spowodowanie wypadku (bo chce jechać dalej), choć wykluczenie to może być bezpodstawne (dochodzi do wypadku). W sytuacji odrzucenia przez sprawcę możliwości popełnienia przestępstwa nie przyjmiemy zamiaru. Przy zamiarze wynikowym występuje pewna obojętność sprawcy w stosunku do uświadomionego, wysokiego prawdopodobieństwa nastąpienia czynu zabronionego. Dodajmy tylko, że odróżnienie zamiaru wynikowego od świadomej nieumyślności ma duże znaczenie w praktyce, ponieważ decyduje o kwalifikacji prawnej czynu, a więc grożącej sprawcy karze (czyny nieumyślne są karane łagodniej), a czasami nawet w ogóle o karalności jego zachowania (gdy penalizacja obejmuje tylko czyny umyślne).

Odpowiedź na drugie pytanie padła 26 stycznia 2012 r. Problem dotyczył świadomego utrudniania i wydłużania postępowania administracyjnego lub sądowego, wykorzystując dostępne prawem środki, celem utrudnienia życia innej osobie. Czy takie zachowanie może być czynem zabronionym – zapytał student. Profesor zauważył, że jest to sytuacja trochę podobna do przestępstwa stalkingu: uporczywego nękania innej osoby (art. 190a § 1 k.k.). W omawianym wypadku, dopóki dana osoba wykorzystuje prawa procesowe, to jej zachowanie nie może być uznane za przestępstwo. Jedno zastrzeżenie wynika z przepisów prawa cywilnego, mówiących o tym, że nie można wykorzystywać swoich praw w sposób niezgodny z ich przeznaczeniem. Żeby jednak było to przestępstwo – powiedział Profesor – w Kodeksie karnym musiałby się pojawić stosowny przepis, którego obecnie nie ma.

W trzecim wypadku student prosił o ocenę odpowiedzialności karnej włamywacza do ciężarówki, w której znajdowały się towary, w sytuacji, gdy sprawca ani nikt inny nie byłby w stanie ich wynieść bez posiadania specjalnego sprzętu – którego mężczyzna nie posiadał. Sytuację taką można uznać za usiłowanie udolne kradzieży z włamaniem. Podobny przykład był już omawiany w literaturze na kanwie wyroku Sądu Najwyższego z 3 listopada 1983 r. (sygnatura II KR 227/83, w systemie Lex pod nr 17520). Po pierwsze, dokonanie czynu zabronionego było od początku możliwe, a nie nastąpiło jedynie z uwagi na nieudolność działania sprawcy, który nie wyposażył się w odpowiednie narzędzia. Druga kwestia to wątpliwy w tym stanie faktycznym błąd sprawcy co do znamienia – jego zaistnienie jest warunkiem koniecznym usiłowania nieudolnego.

Zbliża się koniec roku akademickiego i pora na chwilę refleksji. Moja skromna osoba pełniła funkcję koordynatora-selekcjonera pytań do wykładu na wypadek zasypania skrzynki różnymi dziwnymi wiadomościami. Tak się jednak nie stało, co ma swoje dobre i złe strony. Na pozytywną ocenę zasługuje fakt, że zadane pytania były naprawdę rzeczowe i żadne nie wymagało moderacji. Szkoda natomiast, że wpłynęło ich tak niepokojąco mało.

Wszystkie wykłady, również te z odpowiedziami na pytania studentów, są dostępne w dziale Materiały video na stronie Katedry Prawa Karnego UJ.

Prawo karne na maturze

Przejrzałem tegoroczne, maturalne arkusze egzaminacyjne z Wiedzy o społeczeństwie, w poszukiwaniu pytań zahaczających o tematykę prawa karnego. Pojawiło się jedno, stricte karnistyczne pytanie, na poziomie podstawowym. Zadanie nr 14 za 3 punkty (na s. 7 arkusza) polegało na przyporządkowaniu właściwego opisu do podanych gałęzi prawa, którymi były: prawo administracyjne, prawo cywilne, prawo karne. Opisy zaś brzmiały:
1. Określa podstawowe zasady ustroju politycznego i gospodarczego państwa.
2. Obejmuje zakazy i nakazy zachowań oraz środki przymusu państwowego.
3. Reguluje stosunki majątkowe oraz osobowe między podmiotami prawa.
4. Normuje tryb postępowania przed organami rządowymi i samorządowymi.

„Prawo karne” z pewnością należało połączyć z opisem nr 2. Prima facie taka odpowiedź wydaje się niewątpliwa i na poziomie podstawowym zaiste taka jest. Nieco bardziej wyrafinowana analiza prowadzi jednak do wniosku, że prawo karne nie jest dziedziną prawa „obejmującą zakazy i nakazy zachowań”. Jeżeli chodzi tutaj o „zachowania” obywatela, to prawo karne nie wysławia w tym zakresie żadnego zakazu ani nakazu. Jeśliby ktoś nie wierzył, niech spróbuje znaleźć w Kodeksie karnym zakaz albo nakaz jakiegoś zachowania. Nie znajdzie ich w prawie karnym, lecz w tych dziedzinach prawa, które faktycznie „regulują” różne obszary i aspekty działalności człowieka – jak prawo cywilne czy administracyjne.

Nie odkryję Ameryki stwierdzając, że prawo karne mówi nam expressis verbis jedynie o tym (i aż o tym), co organy państwa mają zrobić ze sprawcą czynu opisanego w ustawie karnej – sprawcą zabójstwa, kradzieży, oszustwa, korupcji itd. Naganność zabijania, okradania się, oszukiwania i korumpowania urzędników państwowych nie wynika z Kodeksu karnego, lecz z systemu wartości, w obrębie którego ustawodawca decyduje się na karanie niektórych, nagannych czynów. Zakaz zabijania, nakaz prawdomówności, zakaz okradania się, nakaz uczciwego kontaktu z petentem – wszystkie funkcjonują niezależnie od ustawy karnej, „są” w innych dziedzinach prawa, a w pewnych wypadkach istnieją nawet niezależnie od jakiejkolwiek ustawy.

Faktem jest natomiast, że ten „naturalny” imperatyw postępowania, jeśli akurat jest obwarowany sankcją karną, staje się dla niektórych obywateli Zakazem/Nakazem pisanym z wielkiej litery. To znaczy takim, którego warto przestrzegać – nie z powodu naganności jego złamania, lecz z uwagi na spodziewaną dolegliwość związaną z jego naruszeniem.

Warto o tym pamiętać, sądzę że nie tylko podczas matury z WOSu.

Dwie dobrowolności?

W nawiązaniu do posta z 5 maja dotyczącego kwestii dobrowolności na gruncie przepisu o czynnym żalu (szczegóły tamże), dzisiaj problem nieco bardziej złożony.

Interpretacja będzie dotyczyła w tym wypadku przesłanki „dobrowolnie starał się zapobiec skutkowi”, uprawniającej do nadzwyczajnego złagodzenia kary dla sprawcy, któremu nie udało się skutecznie zapobiec skutkowi i nie można całkowicie wyłączyć karalności jego czynu na podstawie art. 15 § 1 k.k. Kamyczek do ogródka interpretacyjnego wrzucił Sąd Apelacyjny w Łodzi, który przyjął, że dobrowolność na gruncie art. 15 § 2 k.k. „polegać powinna na działaniu, do którego asumpt dają wyłącznie własne refleksje i przeżycia psychiczne sprawcy, które nie są implikowane postawą osób trzecich” (wyrok z 30 września 2010 r., II AKa 133/10 jest dostępny w Kwartalniku Sądu Apelacyjnego w Łodzi, nr 2/2011, od s. 82).

Argumentem za przyjęciem zacytowanego rozwiązania była treść art. 60 § 2 pkt 2 k.k.: „sąd może również zastosować nadzwyczajne złagodzenie kary w szczególnie uzasadnionych wypadkach […], w szczególności ze względu na postawę sprawcy, zwłaszcza gdy czynił starania o naprawienie szkody lub o jej zapobieżenie”. Osoba, która dobrowolnie stara się zapobiec skutkowi, ale jej się to nie udaje, prima facie spełnia zarówno przesłankę starania się o zapobieżenie szkody, o której mowa w art. 60 Kodeksu, jak i warunki określone w art. 15 § 2 k.k. Sąd Apelacyjny stwierdził, że „dwie normy prawne w jednym porządku prawnym nie mogą dotyczyć identycznego (hipotetycznego) stanu faktycznego” (jw. s. 87). A zatem zdaniem sądu pojęcie dobrowolności w art. 15 § 2 k.k. powinno być interpretowane ściśle i nierozszerzająco właśnie z uwagi na zestawienie tego przepisu z odpowiednim fragmentem art. 60 k.k.

W związku z tym art. 15 § 2 k.k. nie obejmuje wypadku, w którym starania o zapobiegnięcie skutkowi nie wynikają z wyraźnie widocznej, subiektywnej inicjatywy sprawcy, ale z postawy innej osoby, z którą – jak można rzec analizując uzasadnienie wyroku – sprawca w jakimś stopniu się liczy. W analizowanej przez sąd sprawie była to inicjatywa matki sprawcy. Co ciekawe, myśl o wadze subiektywnego nastawienia sprawcy i jego inicjatywie co do starań o zapobieżenie skutkowi odpowiada wcześniejszym intuicjom na temat pojęcia dobrej woli (zobacz szersze rozważania z 5 maja).

A zatem jeśli decyzja o ratowaniu dobra prawnego wynika z postawy osób trzech, a nie wyłącznie z własnej inicjatywy sprawcy, to nie ma podstaw do przyjęcia dobrowolności w rozumieniu art. 15 § 2 k.k. W komentarzach do Kodeksu karnego, np. w krakowskim komentarzu do cześci ogólnej prezentowany jest odmienny pogląd, że o przyjęciu dobrowolności nie musi decydować własna wola i inicjatywa sprawcy (Warszawa 2007, tom 1, s. 223 – jest tam przytoczone również orzecznictwo pro et contra).

Trafnie może ktoś zauważyć, że w przypadku procesowym, w którym doszło do wypowiedzi Sądu Apelacyjnego, dzielenie włosu na czworo byłoby co najmniej niecelowe. Zauważmy, że konsekwencja zastosowania art. 60 § 2 pkt 2 in fine k.k. jest identyczna jak w wypadku art. 15 § 2 k.k. – jest nią fakultatywne, nadzwyczajne złagodzenie kary. Problem interpretacyjny, który roztrzygnął sąd, nie miałby więc większego znaczenia, skoro prawne konsekwencje zastosowania któregokolwiek z przepisów są dla sprawcy takie same.

Śpieszę poinformować, że w mojej ocenie pogląd sądu jest bardzo istotny. Dlaczego tak uważam?

W obu paragrafach art. 15 mamy do czynienia z tym samym pojęciem („dobrowolnie”). A zatem interpretacja paragrafu 2 może rzutować na rozumienie paragrafu 1. Jeśli w obu przepisach to samo pojęcie należałoby interpretować tak samo, to pogląd Sądu Apelacyjnego mógłby decydować o granicach zastosowania instytucji czynnego żalu, a więc o karalności albo bezkarności niektórych wypadków usiłowania. Miałby więc wymierne znaczenie praktyczne.

Pojawia się więc druga istotna kwestia sprowadzająca się do pytania, czy pojęcie należałoby wykładać identycznie w obu przepisach, czy też nie. Argument o możliwości przenoszenia ustaleń co do zakresu znaczeniowego dobrowolności w jednym przepisie na ustalenia odnoszące się do tego samego pojęcia w obrębie innego przepisu wymagałby uzasadnienia, chociażby z uwagi na dostrzeżoną przez Sąd Apelacyjny regulację z art. 60 k.k. Takie same wymagania odnośnie do uzasadnienia należałoby oczywiście postawić kontrargumentowi.

Pierwszy i główny wniosek brzmi: obok sprawy nie można przejść obojętnie.

I na tym znaku zapytania na razie zakończę. Jeśli mnie ktoś zapyta, jak rozwiązałbym przedstawiony problem, to ad hoc nasuwa mi się pomysł argumentacji z przepisu szczególnego (art. 15 § 2 k.k. jako lex specialis w stosunku do art. 60 § 2 pkt 2 in fine k.k. – może ktoś już o tym pisał?). Wtenczas chyba zniknąłby problem różnego rozumienia dobrowolności w obrębie dwóch paragrafów art. 15. Ale dzisiaj głowy nie dam...

Pedałowanie na podwójnym gazie

Chodzi o tak zwanego BeerBusa. Co to takiego? Pisała o tym prasa: „Koła, kierownica, dwa lusterka i daszek z ceraty rodem z meleksa. Ale do tego 12 rowerowych siodełek, pedały, ustawione w dodatku w poprzek kierunku jazdy” (Barbara Suchy, BeerBus jeździ po Krakowie. Kto nie pedałuje, ten nie pije). W BeerBusie można się napić piwa – żeby się łatwiej pedałowało: „za 10 zł sprzedajemy bilet na przejażdżkę po mieście, a piwo albo inny napój dodajemy gratis” (jw.) A my kupujemy bilet, wsiadamy do pojazdu, pedałujemy i zwiedzamy miasto, sącząc zimy browar.

Dla starych wyjadaczy karnistów nawet BeerBus może być świetnym materiałem do analizy dogmatycznej. Tematem zainteresował mnie pierwszorzędny Mąciciel Dominik Zając i nasz najlepszy Przewodniczący Marcin Galent. Gdy wczoraj spotkaliśmy się na korytarzu w Kolegium Wróblewskiego, chłopcy byli już w trakcie zaawansowanej dyskusji. Problem do rozwiązania: oceń odpowiedzialność karną hipotetycznego kierowcy BeerBusa i jego quasi-pasażerów. Spróbuję krótko podsumować naszą wymianę zdań z Marcinem i Dominikiem, obfitującą jak zwykle w wyrafinowane figury interpretacyjne.

Zgodnie z art. 178a § 2 k.k., kto znajdując się w stanie nietrzeźwości lub pod wpływem środka odurzającego, prowadzi na drodze publicznej, w strefie zamieszkania lub w strefie ruchu inny pojazd niż określony w art. 178a § 1 (czyli pojazd inny od mechanicznego), podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku. Niewątpliwie coś takiego jak BeerBus jest „pojazdem”, a prowadzą go zarówno pedałujący pasażerowie, jak i osoba obsługująca kierownicę. Zgodnie z orzecznictwem prowadzeniem jest nadawanie pojazdowi prędkości lub kierunku ruchu (zobacz: wyrok Sądu Najwyższego z 18 marca 2003 r., sygn. III KKN 390/01, „Biuletyn Sądu Najwyższego” nr 5/2003, w Lexie pod nr 78026).

Osoby znajdujące się w stanie nietrzeźwości (widełki dopuszczalnej zawartości alkoholu we krwi i wydychanym powietrzu określa Kodeks karny w art. 115 § 16), które są pasażerami pojazdu i przyczyniają się do nadawania mu prędkości (pedałują), realizują znamiona art. 178a § 2 k.k. – o ile pojazd porusza się na drodze publicznej, w strefie zamieszania lub w strefie ruchu. Z uwagi na zsynchronizowane działanie wszystkich pasażerów, można mówić o popełnieniu tego przestępstwa wspólnie i w porozumieniu ze sobą i kierowcą pojazdu (art. 18 § 1 zdanie 2 k.k.). Przeciwdowód musiałby zmierzać do wykazania, że pasażerowie nie mają wpływu na poruszanie się busa.

Kolejna i bardziej złożona sprawa to odpowiedzialność trzeźwej osoby oferującej przejazd z piwkiem w dłoni. Można ją rozważać już od momentu złożenia oferty przejechania się busem z możliwością wypicia po drodze czegoś „na wzmocnienie”. Nakłanianie innej osoby do dokonania czynu zabronionego, w tym wypadku nakłanianie do prowadzenia pojazdu w stanie nietrzeźwości z chęcią, aby osoba nakłaniana piła piwo i pedałowała – to przestępstwo podżegania kwalifikowane z art. 18 § 2 w zw. z art. 178a § 2 k.k. Ważne, aby nakłanianie było skierowane do konkretnej osoby (np. turysty zaczepionego na ulicy), nie zaś do nieokreślonego kręgu odbiorców (np. za pomocą banera reklamowego) – nie jest bowiem karalne tak zwane podżeganie ad incertam personam.

Kierujący pojazdem prowadzi go wspólnie i w porozumieniu z podróżnymi – oni pedałują, a on skręca. Nasuwa się zatem pytanie, czy odpowiedzialność za współsprawstwo przestępstwa z art. 178a § 2 k.k. może wejść w grę w przypadku osoby trzeźwej, która prowadzi pojazd wspólnie z osobą nietrzeźwą? Raczej nie ma do tego podstaw, bowiem penalizacja obejmuje zachowania osób faktycznie znajdujących się w stanie nietrzeźwości lub pod wpływem środka odurzającego, nawet jeśli dla efektywnego prowadzenia pojazdu konieczny jest współudział jeszcze innych osób. Z uwagi na to, że przestępstwo z art. 178a § 2 k.k. ma charakter przestępstwa powszechnego – bo może je popełnić każdy człowiek; każdy może się upić i w tym stanie prowadzić pojazd – nie można zastosować reguły z art. 21 § 2 k.k., która umożliwiałaby pociągnięcie do odpowiedzialności karnej współdziałającego w przestępstwie indywidualnym, jeżeli wiedział on o szczególnej cesze sprawcy, stanowiącej znamię czynu zabronionego. Gdyby stan nietrzeźwości był taką okolicznością indywidualizującą (a nie jest), to trzeźwy kierowca – współsprawca nietrzeźwego pedałującego – mógłby odpowiadać za prowadzenie pojazdu na podwójnym gazie.

Nie ma chyba jednak większych wątpliwości, że bez kierowcy pojazd daleko by nie zajechał. Gdy weźmiemy ponadto pod uwagę takie okoliczności, jak: dostarczenie samego pojazdu, rozdawanie piwa, przystosowanie blatu przez umieszczenie w nim specjalnych otworów na otwarte puszki – wszystko to razem stanowi ułatwianie pijącym pasażerom popełnienia czynu zabronionego z art. 178a § 2 k.k. Kodeks karny karze za czynności ułatwiające innej osobie popełnienie czynu zabronionego i mówi o tym w art. 18 § 3 k.k. (przestępstwo pomocnictwa). W omawianym wypadku byłoby to pomocnictwo do prowadzenia wózka rowerowego w stanie nietrzeźwości (art. 18 § 3 w zw. z art. 178a § 2 k.k.).

Pewna wątpliwość może się zrodzić, gdy zadamy sobie pytanie: kto tutaj komu ułatwia prowadzenie pojazdu? Kierowca pedałującym, czy tamci jemu? Ogólnie rzecz biorąc odpowiedź nie jest oczywista. Ale wychodząc z przesłanek normatywnych, w świetle tego, co już się rzekło, skoro pedałowanie na podwójnym gazie jest czynem karalnym, a kierowca prowadzi pojazd na trzeźwo, to quasi-pasażerowie niczego złego ułatwić kierowcy nie mogą. To on im może ewentualnie ułatwić popełnienie przestępstwa. Prawidłowa jest więc chyba opcja pierwsza: kierowca to pomocnik, a siła napędowa to sprawca główny czynu opisanego w art. 178a § 2 k.k.

Tak się z grubsza prezentuje aktualny stan prawny. Dodać warto, że wszystkie wymienione przestępstwa są ścigane z oskarżenia publicznego. Nie kończmy jednak tekstu na zgoła wesoły temat w tak pesymistyczny sposób i powiedzmy, że w mrocznym tunelu zbrodni pojawia się promyczek nadziei. Sprawstwo przestępstwa z art. 178a § 2 k.k., podżeganie i pomocnictwo do niego, są przestępstwami umyślnymi. Wymagany jest zamiar prowadzenia pojazdu w stanie nietrzeźwości, chęć nakłonienia innej osoby do takiego zachowania czy zamiar ułatwienia jej popełnienia przestępstwa. Być może zapewnienie w stylu: „Pijanych wozić nie będziemy” (cytat z artykułu jw.) świadczyłoby o woli uniknięcia nieprzyjemnych konsekwencji związanych z wprawieniem się w stan nietrzeźwości przez niektórych, niezdyscyplinowanych pasażerów. Eliminowałoby to odpowiedzialność karną kierowcy i nakłaniającego w omówionym powyżej zakresie, z uwagi na brak zamiaru wymaganego dla przestępstwa umyślnego. Jednakże czy przy takim założeniu cała idea BeerBusa ma jeszcze jakiś sens?

Przyszłość Kodeksu karnego

Dzisiaj po południu Profesor Andrzej Zoll opowiadał aplikantom Krajowej Szkoły Sądownictwa i Prokuratury w Krakowie o bieżących pracach Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Karnego. Profesor omówił większość przepisów analizowanych przez Komisję, w tym propozycje dotyczące podstawowych dla dogmatyki prawa karnego zagadnień: przypisania skutku, definicji strony podmiotowej, przesłanek czynu ciągłego, klauzuli czynnego żalu dla sprawcy, który sprowadził bezpośrednie niebezpieczeństwo dla dobra prawnego, braku karalności usiłowania w wypadku niektórych występków, modyfikacji wymiaru kary za podżeganie i pomocnictwo, kary łącznej.

Prace Komisji są bardzo szeroko zakrojone i dotykają tak interesujących, jak kontrowersyjnych problemów, z którymi borykają się teoretycy prawa karnego. Nie zdradzam szczegółów projektu, a zainteresowanym polecam nagranie video i sprawozdanie z grudniowego zebrania Katedry Prawa Karnego UJ, na którym prof. Zoll zaprezentował pierwsze przymiarki nowelizacyjne (można je pobrać w pliku pdf).

Na koniec dzisiejszego wykładu aplikanci dopytywali o następujące propozycje rozpatrywane w Komisji:

1. Uchylenie występku o charakterze chuligańskim (art. 115 § 21 k.k.). Prof. Zoll podkreślił, że przepis ten ma niewielkie znaczenie w praktyce. Ponadto z badań wynika, że przyjęcie występku o charakterze chuligańskim zazwyczaj nie skłania sądu do nadzwyczajnego wymiaru kary.

2. Uchylenie z art. 25 paragrafów 3, 4 i 5. Nie oceniając merytorycznej potrzeby funkcjonowania regulacji z § 4 i § 5 prof. Zoll stwierdził, że na pewno nie ma na nią miejsca w obrębie art. 25 k.k. Artykuł ten dotyczy klasycznego kontratypu obrony koniecznej i mówi, jak kształtuje się odpowiedzialność karna osoby broniącej się. Treść paragrafów 4 i 5 wskazuje natomiast, za co ma odpowiadać sprawca zamachu. Są to przepisy nie pasujące do systematyki Kodeksu. Jeżeli chodzi o art. 25 § 3 k.k., przepis ten obecnie stwarza możliwość zakończenia postępowania karnego na etapie prokuratorskim (nie wszczynania albo umorzenia postępowania z uwagi na niepodleganie przez sprawcę karze). Biorąc pod uwagę, że sprawy przekroczonych granic obrony koniecznej zazwyczaj dotyczą wypadków o dużym ciężarze gatunkowym, w których zamachowiec został zabity albo ciężko ranny, Profesor poddał w wątpliwość, czy aby takich spraw nie powinien kompleksowo wyjaśnić niezawisły sąd. Z praktycznego punktu widzenia, w sytuacji zaistnienia okoliczności z art. 25 § 3 k.k., gdyby tego przepisu nie było, sąd mógłby odstąpić od wymierzenia kary na podstawie art. 25 § 2 k.k.

3. Padło pytanie o to, czy Komisja rozważała „przepołowienie” przestępstwa oszustwa (art. 286 § 1 k.k.), tak jak ma to miejsce w wypadku kradzieży (art. 278 § 1 k.k.). Chodziłoby o przesunięcie oszustwa na kwotę do 250 zł do kategorii wykroczeń. Profesor przyznał, że Komisja nie zajmowała się tym problemem, choć przejrzenie części szczególnej Kodeksu jest planowane. Jednakże prof. Zoll miał duże wątpliwości, czy koncepcja „przepoławiania” czynów zabronionych jest w ogóle uzasadniona. Wspomniał przy tym o niedawnym pomyśle ulokowania granicy między kradzieżą przestępną a wykroczeniową na kwocie 1000 zł. Przy odpowiednim ukształtowaniu przepisów procedury karnej, tak aby sędzia mógł stosunkowo szybko rozprawiać się z drobnymi kradzieżami, zdaniem Profesora raczej należałoby zrezygnować z modelu czynów przepołowionych.

4. Najważniejsze pytanie dotyczyło – a jakże – daty wejścia w życie nowych przepisów. Aplikanci mogą na razie spać spokojnie, ponieważ uzgodniony przez Komisję projekt nowelizacji Kodeksu karnego powinien być zaprezentowany do publicznej debaty dopiero pod koniec 2012 r. Szersza dyskusja nad propozycjami oraz prace w Sejmie mogą potrwać kolejne pół roku. Oznacza to, że ewentualnego niepowodzenia na tegorocznym egzaminie z prawa karnego studenci prawa nie okupią koniecznością uczenia się nowych przepisów.

Pax hominibus bonae voluntatis…

Niekaralny żal

Kodeks karny zna zasadę, wedle której wolna od kary jest osoba usiłująca popełnić czyn zabroniony (czyli bezpośrednio zmierzająca np. do zabicia człowieka, pobicia, zgwałcenia, kradzieży), jeżeli:
– odstąpiła od dokonania (czyli przerwała czynności prowadzące do dokonania przestępstwa);
– albo efektywnie zapobiegła skutkowi w wypadku ukończenia czynności sprawczych, (np. po oddaniu strzału do ofiary wezwała pogotowie i zapobiegła jej śmierci).

Mówi o tym art. 15 § 1 k.k., nazywany „czynnym żalem”. Podobna regulacja dotyczy osoby współdziałającej w popełnieniu przestępstwa, która zapobiegnie popełnieniu czynu zabronionego (art. 23 § 1 k.k.), a także osoby, która zrealizowała znamiona tak zwanego przestępstwa konkretnego narażenia na niebezpieczeństwo, a następnie uchyliła to grożące niebezpieczeństwo (regulacje w tym zakresie zawiera część szczególna Kodeksu).

We wszystkich wymienionych wypadkach warunkiem niekaralności jest dobrowolność działania sprawcy. Sprawca musi więc w poszczególnych sytuacjach dobrowolnie odstąpić od dokonania, dobrowolnie zapobiec skutkowi, dobrowolnie uchylić niebezpieczeństwo itd.

Trudności dobrowolności

Z dotychczasowego doświadczenia dydaktycznego i wątpliwości zgłaszanych przez studentów mogę powiedzieć, że nie jest łatwo znaleźć regułę interpretacyjną, która byłaby wystarczająco ogólna, a zarazem usuwała wszelkie wątpliwości związane z kwalifikowaniem zachowań sprawców jako dobrowolnych albo niedobrowolnych.

Wymieńmy kilka przykładów z orzecznictwa oraz zaczerpniętych z kazusów egzaminacyjnych:
a) oskarżony przerwał atak po zdecydowanej obronie ofiary oraz po jej zapewnieniu, że powie na Policji, że zaatakował ją ktoś inny;
b) mąż odstąpił od zamachu na żonę po tym, jak złamał się nóż, którym zamierzał ją zabić;
c) usiłujący dokonać rozboju mężczyzna nie okradł ofiary z uwagi na zbyt małą w jego ocenie wartość rzeczy;
d) niedoszły rabuś zaprzestał włamywania się do domu z uwagi na nadjeżdżający patrol Policji;
e) sprawca zrezygnował z pobicia po dezaprobacie wyrażonej w stosunku do jego działania przez towarzyszącą mu osobę;
f) ofiara zaczęła płakać i błagać napastnika o litość, więc ten w poczuciu wyższości odstąpił od dokonania rozboju;
g) mężczyzna chciał zgwałcić kobietę, ta jednak sprytnie wybrnęła z sytuacji i powiedziała, żeby się nie wygłupiał i poczekał, aż dotrą do jej domu, gdzie spędzą romantyczny wieczór, co spowodowało, że napastnik nie kontynuował stosowania przemocy i udał się w towarzystwie kobiety w stronę jej domu, a gdy tylko znaleźli się wśród zabudowań kobieta skutecznie wezwała pomoc;
h) oskarżony zrezygnował z dokonania rozboju z obawy przed zdemaskowaniem, ponieważ w zaczepionym mężczyźnie rozpoznał swojego wykładowcę z uczelni, na której studiował;
i) niedoszły gwałciciel po zastosowaniu przemocy w stosunku do ofiary zorientował się, że nie jest to kobieta, lecz mężczyzna z silikonowymi piersiami i w peruce.

Niektóre z przytoczonych wypadków wywołują duże kontrowersje. Przykładem może być kazus kobiety, która skłoniła adoratora do zaprzestania stosowania przemocy wmawiając mu, że zgodzi się na współżycie gdy dotrą do jej domu, a potem wezwała pomoc (podpunkt g). Z doświadczeń starszych Kolegów prowadzących ćwiczenia z prawa karnego na UJ wynika ciekawa prawidłowość dotycząca tego wypadku. Otóż studentki zazwyczaj kwalifikują go inaczej niż studenci. Kobiety częściej opowiadają się za niedobrowolnym odstąpieniem mężczyzny od usiłowania zgwałcenia i przyjmują karalność jego zachowania. Mężczyźni są raczej skłonni uznać, że sprawca spełnia warunki dobrowolności i nie podlega karze.

W omawianej sytuacji należałoby przyjąć, że sprawca z własnej woli przestał chcieć zgwałcić kobietę, mimo że mógł to zrobić. Podobnie, dobrowolność i niekaralność usiłowania przyjęlibyśmy w podpunktach e) oraz f). Pozostałe wypadki są natomiast przykładem na niedobrowolne odstąpienie od dokonania przestępstwa.

Dobry żal, wolny żal

Tłumacząc na zajęciach problem dobrowolności, zazwyczaj przytaczam następujące zdanie: sprawca działa dobrowolnie, gdy może, ale nie chce; zaś niedobrowolnie gdy chce, ale nie może. Jest to parafraza stwierdzenia Sądu Najwyższego z orzeczenia z 11 czerwca 1987 r., sygnatura akt: II KR 135/87, w Lexie pod nr 20255 (nie jestem tylko pewien, czy SN z kolei nie wziął tego z literatury).

Niedawno zauważyłem, że problem omawianej przesłanki równie prosto da się wyjaśnić za pomocą krótkiej i dość zdroworozsądkowej analizy słowa „dobrowolnie”. Gdy rozbijemy je na czynniki pierwsze, otrzymamy zbitkę: dobro-wolnie. Na czym polega dobra wola?

Po pierwsze, musi to być w ogóle „wola”. A więc – jak powszechnie jest to przyjmowane w orzecznictwie i komentarzach – decydujące znaczenie ma wnętrze sprawcy. Odstąpienie od dokonania bądź zapobiegnięcie skutkowi musi być jego decyzją. On sam musi woleć zrobić coś zamiast czegoś innego.

Po drugie, wola musi być dobra. Czym jest dobro? – na to iście filozoficzne pytanie nie będziemy tutaj odpowiadać. Intuicje związane z tym określeniem ograniczę do języka, jakim posługuje się ustawodawca. Trzeba zauważyć, że Kodeks karny zna rzeczownikowe pojęcie „dobra”. W art. 25 § 1 i 26 § 1 k.k. jest mowa o dobru chronionym prawem, w art. 12 k.k. ustawodawca mówi o dobru osobistym. W wymienionych wypadkach funkcjonuje ono w kontekście zamachu i niebezpieczeństwa zagrażającym określonemu dobru. Chodzi więc o „dobro prawne”, a więc wartość, która jest chroniona przez prawo. Taką wartością jest życie, zdrowie, własność, cześć, funkcjonowanie rodziny, państwa, obrót gospodarczy itd.

W takim razie można rzec, że dobra wola jest to wola nastawiona na dobro przedmiotu prawnokarnej ochrony. Sprawca działający dobrowolnie ma chcieć dobra dla wartości, którą swoim zachowaniem zaatakował. Dobrem dla wartości jest uznanie jej za wartość i jej poszanowanie. Dobrowolne jest więc działanie ukierunkowane na korzyść, ochronę, ocalenie dobra prawnego.

W myśl tej interpretacji dobrowolność będzie wykluczona we wszystkich tych wypadkach, w których motywem przerwania czynu albo zapobiegania skutkowi nie jest chęć ochrony dobra prawnego, lecz na przykład zaistnienie nieoczekiwanych okoliczności uniemożliwiających kontynuowanie akcji, obawa przed zdemaskowaniem, odłożenie akcji na później czy niezadowolenie sprawcy z efektu działania.

A niebawem kilka słów o tym, co z dobrowolnością zrobił jeden z sądów apelacyjnych.

Kierowco, obserwuj przejście

Każdy może być winny

Wypadki na przejściach dla pieszych należą do jednych z najbardziej niebezpiecznych zdarzeń drogowych. Chyba nikogo nie trzeba o tym przekonywać. Dekoncentracja, pośpiech, lekkomyślność, braki w wyszkoleniu czy niski poziom kultury – to przypuszczalnie główne wady kierowców, jak również pieszych użytkowników drogi. O liczbie nieostrożnych zachowań w okolicach przejść dla pieszych może dowiedzieć się z obdukcji każdy kierowca już po kilku godzinach spędzonych za kółkiem.

Ogromna liczba naruszeń prawa oraz zdrowego rozsądku skutkuje relatywnie dużą liczbą śmiertelnych i ciężkich dla zdrowia wypadków z udziałem pieszych. To banał. Dobrze o tym wiemy, już poniekąd przywykliśmy do faktu, że kolejny długi weekend zbierze swoje mroczne żniwo, a dla widza będzie ono wyłącznie statystyką. Jednakże wspomniana liczba wypadków jest tylko relatywnie duża – najczęściej bowiem nieostrożność kierowcy albo pieszego uchodzi im obu płazem. Wydaje się więc, że nieostrożność summa summarum może się opłacać. „Wypadki chodzą po ludziach”, ale przecież mi się on nie przytrafi.

Być może bohaterowie sprawy, którą niecały rok temu zajmował się Sąd Najwyższy, również myśleli, że nic złego ich nie spotka. A może była to po prostu chwila nieuwagi… Tak czy inaczej, prawdziwe i banalne będzie stwierdzenie: coś podobnego może się po prostu przytrafić każdemu. W związku z tym warto rzucić okiem na konsekwencje prawne rozmaitych naruszeń prawa drogowego, które nie mają szczęśliwego finału i kończą się prokuratorskim zarzutem z art. 177 § 1 albo 2 Kodeksu karnego (wypadek o średnich albo ciężkich skutkach). O tym dzisiaj dwa słowa, w kontekście wyroku Sądu Najwyższego z 30 sierpnia 2011 r. (sygnatura akt: IV KK 187/11, treść uzasadnienia jest dostępna w systemie Lex pod nr 950442, wyrok był krótko omówiony w czasopiśmie „Paragraf na drodze”, nr 12/2011, s. 5–9 przez Kazimierza Pierzchałę).

Sama sobie winna?

Sprawa jest dosyć ciekawa. Wydawałoby się, że feralnego dnia kierowca zrobił wszystko, co do niego należało, a więc nie ponosi winy za wypadek. Prowadził on swój pojazd z administracyjnie dopuszczalną prędkością, zbliżając się do przejścia dla pieszych. Na poboczu znajdowała się trzynastoletnia dziewczyna, zajęta rozmową z koleżanką. Niespodziewanie dziewczyna weszła na jezdnię wprost przed jadący samochód. Doszło do zderzenia, w wyniku którego nastolatka doznała poważnych obrażeń ciała. Kierowca w ogóle nie próbował zahamować, ponieważ nie zauważył wejścia pokrzywdzonej na jezdnię. Jak później ustalili biegli, w zaistniałej sytuacji nie było szansy na uniknięcie zderzenia. Nawet gdyby mężczyzna natychmiast zaczął hamować, nie zatrzymałby pojazdu przed przejściem, choć hamowanie pozwoliłoby zredukować prędkość w chwili uderzenia z około 50 km/h (z taką się poruszał) do około 30 km/h (wyliczoną przez biegłych).

Nasuwają się następujące pytania:
– czy niezgodne z prawem (nie ma co do tego wątpliwości) wtargnięcie pieszej na przejście sprawia, że pokrzywdzona jest sama sobie winna?
– czy prowadzenie samochodu z prędkością dopuszczalną administracyjnie (a więc w opinii wielu kierowców i tak już w tempie żółwia) usprawiedliwia kierowcę?
– czy o jego niewinności przesądza ustalenie biegłych, że samochodu nie dało się zatrzymać przed nieostrożnie wchodzącą na pasy dziewczyną?

Niewątpliwie piesza w pewnym sensie jest sama sobie winna. Gdyby wykazała się nieco większą rozwagą i rozglądnęła się przed wejściem na jezdnię, do wypadku by nie doszło. Nie wyklucza to jednak odpowiedzialności karnej kierowcy, któremu postawiono zarzut spowodowania wypadku ze skutkiem w postaci ciężkich obrażeń ciała innej osoby (art. 177 § 2 k.k.). Tak zwane przyczynienie się do wypadku nie oznacza całkowitej bezkarności innych osób biorących udział w zdarzeniu. Może się zdarzyć również tak, że pokrzywdzeni będą jednocześnie sprawcami wypadku (i na odwrót).

W omawianej sprawie odpowiedzialność karna kierowcy jest uzależniona od rozstrzygnięcia dwóch zasadniczych kwestii. Zawsze powinno się je przeanalizować w podobnych sprawach (rozważa to rzecz jasna sąd rozpatrujący sprawę):
1. czy kierowca naruszył jakieś zasady ruchu drogowego, które były istotne w kontekście analizowanego zdarzenia?
2. czy gdyby oskarżony zachowywał się zgodnie z zasadami ruchu drogowego, to doprowadziłby do takiego samego skutku?
Jeśli kierowca jechał zgodnie z zasadami ruchu drogowego, to nie można go skazać za spowodowanie wypadku. Mówiąc w skrócie, gdy postępuję zgodnie z prawem, nie narażam się na negatywne konsekwencje prawne. Jeśli kierowca natomiast naruszył zasady ruchu drogowego, ale zachowanie alternatywne, zgodne z prawem, i tak nie zapobiegłoby skutkowi, również nie można go uznać za winnego wypadku. Rozważmy kolejno obie kwestie odwołując się do stanu faktycznego.

A jednak winien!

Na pierwsze pytanie odpowiadam twierdząco, i to co najmniej z trzech powodów.

Po pierwsze, prędkość administracyjnie dozwolona (odczytana z pionowego znaku albo z ogólnych ograniczeń prędkości na danym terenie) jest prędkością „bezpieczną” dopóty, dopóki na drodze nie zaistnieją jakieś dodatkowe okoliczności, w których od kierowcy jest wymagana wzmożona ostrożność. Jednym z przejawów szczególnej ostrożności jest dostosowanie prędkości pojazdu do zaistniałych warunków na jezdni. Zbliżanie się do przejścia dla pieszych, a już na pewno do takiego przejścia, przy którym znajdują się niedorosłe osoby, z pewnością należy do okoliczności wymagających podwyższonego poziomu ostrożności. Słowem: niewykluczone, że kierowca powinien jeszcze bardziej zwolnić. Inną kwestią jest, do jakiej prędkości... (o tym będę jeszcze mówił poniżej).

Jeśli nawet nie zgodzimy się z powyższym stwierdzeniem – że należy zwolnić przed przejściem dla pieszych – pojawia się po drugie w analizowanej sprawie wątek braku obserwacji drogi przez kierującego samochodem. Mężczyzna w ogóle nie zauważył, że na torze ruchu jego pojazdu znalazła się przeszkoda – piesza. Nie trzeba dłużej dowodzić, że kierowca w ogóle, a zbliżając się do przejścia dla pieszych w szczególności, jest zobowiązany uważnie obserwować przedpole drogi. Nie tylko jezdnię, ale i pobocze. Nie może prowadzić „po omacku”. Również w tym punkcie odnajdujemy więc naruszenie zasady bezpiecznej jazdy.

Po trzecie, niedostrzeżenie dziewczyny doprowadziło do tego, że kierowca nie hamował. Kierowca powinien jednak reagować na zmieniającą się sytuację na drodze, w tym na różne zagrożenia ze strony innych pojazdów, pieszych, sił przyrody itp. Jest zobowiązany do hamowania, gdy wymaga tego ochrona bezpieczeństwa uczestników ruchu. Brak tej reakcji można zaliczyć do złamania kolejnej zasady postępowania na drodze.

Po krótkiej analizie zasad ostrożnego postępowania w ruchu drogowym możemy przejść do pytania drugiego. Jeśli założymy, że kierowca powinien jechać wolniej, np. z taką prędkością, która umożliwiłaby mu efektywne zatrzymanie pojazdu przez przejściem w razie nieoczekiwanego wkroczenia przechodnia na jezdnię, to nie będziemy mieli problemu z udzieleniem pozytywnej odpowiedzi na postawione pytanie. Odpowiedź brzmi: gdyby jechał wolniej do wypadku by nie doszło. Na tej podstawie uzasadnione byłoby pociągnięcie go do odpowiedzialności karnej. W tym miejscu mam jednak pewne wątpliwości, czy można od kierujących wymagać dostosowania prędkości do tego rodzaju, niespodziewanych okoliczności na drodze. Zasada zaufania do uczestników ruchu drogowego również jest regułą prawa drogowego, a zachowanie pokrzywdzonej było niewątpliwie nagłe i nieracjonalne! Nie rozwodząc się na ten temat proponuję przyjąć wersję korzystną dla oskarżonego i najmniej korzystną z perspektywy niniejszych rozważań, to znaczy założyć, że prędkość pojazdu w analizowanej sprawie była odpowiednia.

Pozostały do rozważenia: nienależyta obserwacja drogi i brak hamowania. Nietrudno zauważyć, że w opinii biegłych zgodne z prawem zachowanie kierowcy – obserwowanie drogi i próba zahamowania – i tak skończyłoby się wypadkiem, nie było bowiem szansy uniknąć zderzenia z pieszą z uwagi na zbyt mały dystans dzielący pojazd od pokrzywdzonej.

Dochodzimy w tym miejscu do kluczowego momentu rozważań, na który również położył akcent Sąd Najwyższy. Otóż wypadku opisanego w dwóch paragrafach art. 177 k.k. nie można rozumieć jako jakiegokolwiek zdarzenia na drodze, lecz trzeba go rozumieć jako takie zdarzenie, które doprowadziło albo do średniego (art. 177 § 1 k.k.), albo ciężkiego skutku na zdrowiu ofiary lub jej śmierci (art. 177 § 2 k.k.). Są to więc dwa różne przestępstwa o zróżnicowanym ciężarze gatunkowym. Musimy więc rozstrzygnąć, czy gdyby kierowca obserwował drogę i próbował zahamować, to potrącenie pieszej skończyłoby się ciężkimi (a nie jakimikolwiek) obrażeniami ciała, tak jak w rzeczywistości się to stało. Gdyby skutki wypadku nawet po zahamowaniu okazały się dokłanie takie same, kierowca nie mógłby odpowiadać za przestepstwo i wyłączną winą za zdarzenie należałoby obarczyć nieuważną dziewczynę.

Jak już zaznaczałem, hamowanie pozwoliłoby zredukować prędkość w chwili uderzenia z około 50 km/h do około 30 km/h (a nawet 20 km/h, jak wyliczył jeden z biegłych). A więc należałoby ustalić, czy różnica prędkości faktycznej i hipotetycznej miałaby wpływ na zmniejszenie dolegliwości skutków wypadku, czy nie. Mogła to być niebagatelna różnica nawet 30 km/h. Gdyby się okazało, że zgodne z prawem zachowanie kierowcy co prawda nie pozwoliłoby na uniknięcie potrącenia pieszej, ale jednak nie doznałaby ona wówczas ciężkich obrażeń ciała (a jedynie np. średnich albo lekkich), to kierowca powinien ponieść odpowiedzialność za przestępstwo z art. 177 § 2 k.k.

Bardzo dużo tutaj „gdybania”, ale na tym właśnie polega badanie odpowiedzialności za wypadek w zakresie tak zwanego alternatywnego i zgodnego z prawem przebiegu zdarzenia.

Niewiniątka czy tylko nie-winni?

Omówiona sprawa została cofnięta przez Sąd Najwyższy do sądu pierwszej instancji i będzie ponownie rozpatrywana, z ciekawością można więc oczekiwać na końcowy werdykt. Powyższe rozważania przy okazji zagadnienia wypadku drogowego pokazują, z jakimi problemami interpretacyjnymi stykają się czasami sędziowie. Ci z niższych instancji opowiedzieli się w omawianej sprawie za uniewinnieniem kierowcy, co poddał w wątpliwość Sąd Najwyższy w komentowanym wyroku. Zobaczymy, co z tego wyniknie.

Zastanawiam się tylko, czy kierowcy, którzy jeżdżą przepisowo, zgodnie z administracyjnymi ograniczeniami prędkości, są uważni na drodze i dość sprawnie reagują na zagrożenia, w świetle zapatrywań Sądu Najwyższego, zasadniczo zbieżnych z przedstawionymi tutaj stwierdzeniami, mogą dzisiaj spać spokojnie? Czy naprawdę należałoby znacząco zwalniać przed każdym przejściem, przy którym znajdują się piesi? A może nie tylko w bezpieczeństwie, ale też w kulturze jazdy dałoby się odszukać uzasadnienia dla wolniejszej jazdy przed przejściem: przepuść pieszego, brata swego!

Przyda się na koniec jakiś wniosek. Może wystarczy ten tytułowy: kierowco, obserwuj przejście! Chyba, że macie inne propozycje?

Co to znaczy spowodować skutek?

Pilnuj swego wołu, nie wyciągaj miecza

Na pytanie o odpowiedzialność za spowodowanie skutku zapewne szukał odpowiedzi już ten, kto napisał w Księdze Wyjścia następujące słowa (Wj 21, 28-29): „Jeśliby wół pobódł mężczyznę lub kobietę tak, iż ponieśliby śmierć, wówczas wół musi być ukamienowany, lecz nie wolno spożyć jego mięsa, właściciel zaś wołu będzie wolny od kary. Gdy jednak wół bódł i dawniej, i zwracano uwagę na to właścicielowi, a on go nie pilnował, tak iż [wół] zabiłby mężczyznę lub kobietę, to nie tylko wół winien być ukamienowany, ale też i właściciel jego winien ponieść śmierć”.

Widać wyraźnie, że właściciel wołu, który nie upilnował swojego zwierzęcia, a to zaatakowało i zraniło na śmierć inną osobę, może odpowiadać za spowodowanie tej śmierci tylko wówczas, gdy: a) wół bódł już dawniej, b) zwracano na to właścicielowi uwagę, c) a ten go nie pilnował. W zacytowanym przepisie próbuje się podać jakieś podstawowe warunki przypisania właścicielowi zwierzęcia odpowiedzialności za skutki wynikające z nieupilnowania wołu. Niebezpieczeństwo ze strony zwierzęcia, które musi być obiektywnie rozpoznawalne (dawniejsze zachowanie zwierzęcia potwierdza, że jest ono groźne), świadomość tego stanu rzeczy po stronie właściciela oraz brak upilnowania wołu – oto trzy kluczowe przesłanki odpowiedzialności właściciela za skutek, przewidziane w Księdze Wyjścia.

Podobne pytania musieli zadawać sobie w zamierzchłych czasach twórcy zasady, wedle której jeśli dziecko zobaczy miecz i wskutek tego wpadnie do wody, odpowiedzialność za to ponosi właściciel miecza. Próbowali rozwiązać ten problem także ci, którzy do odpowiedzialności za śmierć przechodnia pod kołami furmanki pociągali zarówno furmana, jak i właściciela przewożonych towarów oraz gospodarza (przykłady podaje Juliusz Makarewicz, Wstęp do filozofii prawa karnego w oparciu o podstawy historyczno-rozwojowe, przeł. K. Jakubów, Lublin 2009, s. 440).

W latach sześćdziesiątych XX wieku polski Sąd Najwyższy analizował sprawę mężczyzny, który na swojej łące z dala od zabudowań gospodarczych wykopał dół do konserwowania ogórków. W wykopie utopiło się 16-miesięczne dziecko sąsiadów. Teren nie był ogrodzony, o co wcześniej prosili właściciela łąki rodzice dziecka. Jak prezentuje się odpowiedzialność karna mężczyzny? Czy jest winny, czy niewinny? Odpowiada za śmierć człowieka czy nie? Oskarżony o spowodowanie śmierci dziecka właściciel łąki z pewnością nie uznałby, że pytania te są jedynie problemem akademickim.

Czy Kodeks karny daje radę?

Co to znaczy „spowodować skutek”, kiedy za skutek ponosi się odpowiedzialność karną – pytania te można stawiać po dziś dzień, ponieważ pozostają one jak na razie bez ostatecznej i kompleksowej odpowiedzi. Twierdzę bowiem, że pomimo stosunkowo licznych wypowiedzi karnistów oraz bogatego orzecznictwa na gruncie polskich kodeksów karnych w tym interesującym temacie, określenie podstaw odpowiedzialności za skutek jest wyłącznym zadaniem ustawodawcy. Zadanie to jak dotąd nie zostało zrealizowane.

Gdyby wypadek w dole na ogórki zdarzył się dzisiaj i gdybyśmy mieli go rozstrzygnąć przez pryzmat aktualnego stanu prawnego, znaczenie posiadałyby trzy przepisy Kodeksu karnego:
– art. 155, który penalizuje czyn polegający na nieumyślnym spowodowaniu śmierci człowieka;
– art. 9 § 2, z którego dowiadujemy się, że sprawca musi popełnić czyn na skutek niezachowania ostrożności wymaganej w danych okolicznościach;
– art. 2, w świetle którego za skutek spowodowany przez zaniechanie odpowiada tylko osoba, na której ciążył prawny i szczególny obowiązek zapobiegnięcia skutkowi.

Przeanalizujmy te przepisy od strony teoretycznej. Zwróćmy najpierw uwagę, że w opisie przestępstwa z art. 155 – a jest tak samo w przypadku większości skutkowych typów przestępstwa – ustawa zawiera charaktrystykę wyłącznie skutku, nie określa natomiast zachowania, które do owego skutku prowadzi. Ustawodawca wskazuje za pomocą pojęć technicznych, takich jak: powoduje, sprowadza, doprowadza, wyrządza, na związek skutku z jakimś (nieokreślonym) zachowaniem człowieka. Pojęcia te (zwykle określane jako tak zwane pojęcia wyrażające przyczynowość) nie posiadają swoistego znaczenia, które w sposób jednoznaczny kierowałoby nas na sprecyzowaną kategorię zachowań. Inaczej jest w przypadku wielu przestępstw formalnych, których opisy zawierają czasowniki posiadające wyraźny rdzeń znaczeniowy, np. znieważa, uderza, pomawia.

Wynika z tego, że jeżeli na podstawie art. 155 k.k. odpowiedzialności karnej podlega ten, „kto nieumyślnie powoduje śmierć człowieka”, to karalnością jest objęty jakikolwiek czyn jakoś powiązany ze skutkiem w postaci śmierci człowieka. Oznacza to ni mniej ni więcej, że penalizacją jest w tym wypadku objęty jakikolwiek czyn, który sędziowie i teoretycy prawa karnego uznają za powodujący śmierć człowieka. Nie muszę chyba szerzej udowadniać, jak to się ma do konstytucyjnej zasady „nie ma przestępstwa bez ustawy”.

Aby nieco złagodzić pesymistyczną wymowę poprzedniego akapitu zauważmy od razu, że fragmentaryczna regulacja dotycząca przypisania skutku znajduje się we wspomnianym art. 9 § 2 k.k. Na jego postawie wymagane jest ustalenie, że osoba mająca odpowiadać za skutek naruszyła reguły ostrożności wymagane w danych okolicznościach. Przepis oczywiście odnosi się również do nieumyślnych przestępstw formalnych, nie jest więc konstrukcją stworzoną wyłącznie dla potrzeb przypisania skutku. Ponadto, konstrukcja art. 9 § 2 k.k. była wielokrotnie krytykowana z uwagi na pomieszanie przedmiotowej i podmiotowej strony czynu zabronionego. Rzut oka na cały art. 9 k.k. wskazuje, że miał to być przepis o stronie podmiotowej czynu, tymczasem jego paragraf 2 zawiera niemal wyłącznie znamiona przedmiotowe. Kolejny problem wiąże się z tym, że umiejscowienie przesłanki naruszenia reguły ostrożności w przepisie dotyczącym nieumyślności wywołuje zgoła uzasadnione podstawy do twierdzenia, że w przypadku materialnego przestępstwa umyślnego powiązanie czynu ze skutkiem opiera się wyłącznie w oparciu o przesłanki subiektywne (opisane w art. 9 § 1 k.k.). Ex lege tak właśnie mogłoby być, da się taką tezę uzasadnić, ale o tym może innym razem.

Aktualnie obowiązujący art. 2 k.k. spełnia ważną funkcję, która polega na sprecyzowaniu relacji czynu do skutku w przypadku zaniechania przez pewne osoby wykonania nałożonego na te osoby, określonego obowiązku działania. Jest to określenie przesłanek spowodowania skutku przez zaniechanie. Uznajemy bowiem, że nie każdy człowiek, który czegoś nie zrobi, będzie odpowiadał za to, co się stanie z powodu jego pasywności. Art. 2 k.k. nie zawiera wyczerpującego katalogu przesłanek przypisania skutku do zaniechania, lecz ukazuje on jedynie szczególną kategorię podmiotów, które mogą dopuścić się spowodowania skutku przez zaniechanie (są nimi tak zwani gwaranci nienastąpienia skutku).

Wszystko jest przyczyną?

Sumując dotychczasowe, nieco teoretyczne rozważania, powiedzmy w skrócie, że obecny Kodeks karny oferuje dwie wyraźne – aczkolwiek nieskodyfikowane w jednym przepisie – wskazówki dotyczące przypisania skutku. Po pierwsze, za skutek odpowiada ten, kto narusza reguły ostrożności wymagane w danych okolicznościach (ze znakiem zapytania, czy dotyczy to również przestępstw umyślnych). Po drugie, za skutek z zaniechania odpowiada tylko gwarant.

Czy jest to sytuacja zadowalająca? Moim zdaniem nie, i to bynajmniej nie dlatego, że przesłanki przypisania skutku są rozrzucone w różnych, pozornie niezwiązanych ze sobą przepisach (myślę ciągle o art. 9 i 2 k.k.), lecz w głównej mierze dlatego, że my wciąż nie wiemy, co to znaczy „spowodować” skutek. Co oznacza zwrot „powoduje śmierć”, użyty w art. 155 k.k.? Wymienione przepisy z części ogólnej Kodeksu nic na ten temat nie mówią.

Można na to pytanie próbować odpowiedzieć w następujący sposób. Słowo „powoduje” oznacza relację przyczynową albo warunkową (pojętą potocznie, ogólnie) między czynem a skutkiem. Przyczyną skutku jest to, bez czego skutek by nie zaistniał. W takim wypadku w casusie dołu na ogórki niewątpliwie czyn właściciela łąki (wykopanie dołu) był przyczyną tego, że dziecko wpadło do wykopu i się utopiło. Niewątpliwie wyciągnięcie miecza, na widok którego ktoś przestraszony wpada do wody, jest przyczyną jego ewentualnego utopienia się. Właściciel, który zlecił przewiezienie swojego towaru, przyczynia się do śmierci przechodnia, którego furman przejechał w wyniku nieostrożnego powożenia. Wszystkie te stwierdzenia prima facie wydają się prawdziwe, ale – co ważne – żadne z nich nie ma w zasadzie znaczenia z interesującej nas perspektywy odpowiedzialności karnej za skutek. Dlaczego pytanie o definicję pojęcia „spowodować” uważam za istotne, i dlaczego zaprezentowana odpowiedź nie jest zadowalająca?

Prawo karne dla Hanoweru z 1840 r. podawało następującą regułę przypisania skutku: „Jeśli po odniesieniu ran nastąpi śmierć człowieka, ale z badania wyniknie z wielkim prawdopodobieństwem lub pewnością, że śmierć spowodowana została przez inną, niezależną od nich przyczynę, która nastąpiła po zadaniu ran, które same w sobie nie są śmiertelne, nie można w sensie prawnym uznać śmierci za skutek tych ran” (cytuję za Makarewiczem, jw., s. 442).

Wspomniane w tekście „badanie” i jego „wyniki” to pewnie zalążek nauki o empirycznych zasadach weryfikacji przyczyn śmierci, ale nie to w zacytowanym tekście jest najistotniejsze. Odnajdujemy w nim mianowicie dobrze znane współczesnym karnistom kategorie prawdopodobieństwa, przyczynowości, ale również normatywnych przesłanek przypisania skutku (vide sformułowanie: „w sensie prawnym”).

Na tę ostatnią rzecz chciałbym zwrócić uwagę, uzupełniając w tym miejscu moje rozważania o cytat z Władysława Woltera. Analizując opisaną sprawę dołu na ogórki stwierdził on przed laty: „Jest złudzeniem sądzić, że kodeks karny […] zakazuje «każdego» przyczynowego pozbawienia człowieka życia. Zakazane jest jedynie «bezprawne» spowodowanie śmierci człowieka” (cytat z pracy Woltera: Błędne koło problematyki przyczynowości w teorii i praktyce prawa karnego, „Państwo i Prawo” nr 3/1964, s. 385).

Jak pisał wcześniej Juliusz Makarewicz, w pewnym okresie rozwoju prawa karnego prawodawcy zdali sobie sprawę, „że dywagacje na temat związku przyczynowego nie należą do języka prawniczego i są najmniej odpowiednim dla prawa zadaniem” (z pracy Makarewicza, jw., s. 443).

Wyciągam z powyższych informacji następujący wniosek: „powodowanie” skutku, pojmowane kauzalnie albo warunkowo, nie może być znamieniem czynu zabronionego, ponieważ znamieniem przestępstwa skutkowego może być tylko to, co jest już ogólnie rzecz biorąc bezprawne. A równocześnie nie wszystko, co jest bezprawne, musi być karalne. I właśnie o to chodzi w pytaniu o definicję spowodowania skutku – chodzi o ustawowe określenie przesłanek decydujących o tym, które bezprawne czyny mogą być uznane za powodujące skutek, a które czyny spowodowaniem skutku nie są.

Przepis na przyszłość

Powyższe dywagacje zmierzały w określonym kierunku, który być może teraz stanie się widoczny. Całkiem niedawno bowiem pojawił się pomysł stworzenia przepisu, który w sposób kompleksowy uregulowałby problem przypisania skutku. 9 grudnia 2011 r. na zabraniu naukowym Katedry Prawa Karnego Uniwersytetu Jagiellońskiego Profesor Andrzej Zoll wystąpił z propozycją uregulowania zasad odpowiedzialności za skutek w art. 2 k.k. Aktualną treść art. 2 k.k. (dotyczącą zaniechania) należałoby przesunąć do paragrafu 2, natomiast – zdaniem Profesora – ogólne przesłanki przypisania skutku, odnoszące się zarówno do działania, jak i zaniechania, opisać w § 1 tego przepisu.

Dyskusję, która dotyczyła wstępnej propozycji takiego przepisu, można obejrzeć na stronie internetowej „e-Czasopisma Prawa Karnego i Nauk Penalnych”. Zagadnieniem zajęła się Komisja Kodyfikacyjna Prawa Karnego działająca przy Ministerstwie Sprawiedliwości (aktualne działania komisji można śledzić w internecie). Być może już wkrótce czeka nas debata o finalnych propozycjach uzgodnionych w trakcie jej obrad.

Miałem okazję nie tylko uczestniczyć w ciekawych dyskusjach nad propozycją prof. Zolla, ale również napisać swój projekt przepisu o obiektywnym przypisaniu skutku. Nieco przydługą wersję roboczą (opublikowałem ją na stronie e-Czasopisma Prawa Karnego i Nauk Penalnych) udało mi się uczynić zwięźlejszą, bez – jak mi się wydaje – rezygnacji z zawartości merytorycznej pierwowzoru.

Co trzeba zrobić, aby stworzyć dobry przepis o przypisaniu skutku? W zasadzie nic więcej ponad to, co już zostało powiedziane:
– uznać przyczynowość za problem pozakarnistyczny;
– wskazać na znaczenie terminu „powoduje”, podając przesłanki zaliczenia danego czynu bezprawnego do kategorii czynów powodujących skutek;
– wykorzystać kryteria podane w aktualnym art. 9 § 2 k.k., które mają duże znaczenie w praktyce stosowania prawa;
– uwzględnić dotychczasowy dorobek polskiego orzecznictwa w omawianym zakresie (chodzi tutaj o rozważania na temat „drogi” nastąpienia skutku, w zakresie jej typowości i adekwatności do naruszonej reguły postępowania, co nazywam w skrócie „sposobem” nastąpienia skutku).

Proponuję zatem przepis w następującym brzmieniu:

Art. 2. § 1. Odpowiada za spowodowanie skutku stanowiącego znamię czynu zabronionego tylko ten, kto naruszył wymagane w danych okolicznościach reguły postępowania z dobrem prawnym, chroniące przed danym sposobem nastąpienia skutku, jeżeli jego nastąpienie w taki sposób było w danych okolicznościach przewidywalne.

§ 2. W warunkach określonych w § 1, odpowiada za spowodowanie skutku przez zaniechanie tylko ten, na kim ciążył prawny, szczególny obowiązek zapobiegnięcia skutkowi.

Poszczególne elementy przepisu wymagałyby dokładnego uzasadnienia, o które na razie się nie pokuszę z uwagi na już i tak dość obszerną objętość niniejszego tekstu. W każdym razie jest to moim zdaniem dość zgrabna odpowiedź na tytułowe pytanie, które w świetle dotychczasowych rozważań brzmi: Co to znaczy – w sensie prawnym, w rozumieniu prawa karnego – „spowodować skutek”? Do udzielenia odpowiedzi na tak postawione pytanie jest uprawniony – i zobowiązany – ustawodawca.

Na koniec drobna uwaga niemalże historyczna: powyższy tekst jest moim debiutanckim postem na blogu „Dogmaty karnisty”. Piszę go więc z nutą nieśmiałości, licząc na życzliwe przyjęcie.