Różne obowiązki

Istotne pytanie, jakie zadają sobie interpretatorzy art. 2 k.k., dotyczy źródeł prawnego obowiązku zapobiegnięcia skutkowi, o jakim jest mowa w tym przepisie. Jedno jest pewne: obowiązek gwarancyjny, uzasadniający przypisanie danej osobie skutków jej zaniechania, musi mieć charakter prawny, a więc znajdować swoje umocowanie w obowiązującym prawie czy też być wiążący prawnie.

Nie jest łatwo odpowiedzieć na pytanie, czy obowiązek ten powinien mieć podstawę ustawową, czy może być także obowiązkiem umownym, albo nawet wynikać z dobrowolnego zobowiązania się do opieki nad określonym dobrem prawnym, nawet bez wiedzy jego dysponenta (prowadzenie cudzych spraw bez zlecenia). Najlepszym dowodem na kontrowersyjny charakter tego zagadnienia jest owocna dyskusja, jaka miała miejsce kilka tygodni temu na tym blogu, na kanwie przypadku zagłodzonego na śmierć mężczyzny, pozostawionego bez opieki przez jego córkę (zobacz wpis Diabelska bezczynność).

Sprawy z pewnością nie ułatwia kodeks karny, który w wielu miejscach mówi o różnego typu obowiązkach. Już tylko pobieżny przegląd regulacji kodeksowych pozwala wychwycić następujące określenia, używane przez autora tekstu prawnego w następujących artykułach:

2. Odpowiedzialności karnej za przestępstwo skutkowe popełnione przez zaniechanie podlega ten tylko, na kim ciążył prawny, szczególny obowiązek zapobiegnięcia skutkowi.

18 § 3. [...] odpowiada za pomocnictwo także ten, kto wbrew prawnemu, szczególnemu obowiązkowi niedopuszczenia do popełnienia czynu zabronionego swoim zaniechaniem ułatwia innej osobie jego popełnienie

26 § 4. Przepisu § 2 nie stosuje się, jeżeli sprawca poświęca dobro, które ma szczególny obowiązek chronić nawet z narażeniem się na niebezpieczeństwo osobiste.

Interpretator

Wczoraj wieczorem zerknąłem sobie jeszcze raz na glosę, o której ukazaniu się pisałem 13 stycznia, i przeżyłem szok. Wydawało mi się, że znam treść tej glosy na wylot, a jednak ujrzałem wczoraj coś, czego wcześniej nie dostrzegałem.

Chodzi o następujące zdanie na stronie 1691: „Wskazane powody wymuszają na interpreterze tekstu prawnego przyjęcie tezy, że okoliczności wskazane w art. 178a § 4 zd. 1 k.k. nie są znamionami czynu zabronionego pod groźbą kary”. Przed wysłaniem glosy do redakcji „Orzecznictwa Sądów Polskich” czytałem to zdanie kilkanaście razy; po wysłaniu tekstu przeglądałem je kolejne kilka razy, a po jego opublikowaniu jeszcze chyba z pięć razy i za każdym razem byłem przekonany, że zdanie to głosi: „Wskazane powody wymuszają na interpretatorze tekstu prawnego przyjęcie tezy, że okoliczności wskazane w art. 178a § 4 zd. 1 k.k. nie są znamionami czynu zabronionego pod groźbą kary”.

Ludzkie oko nie jest w stanie wszystkiego zobaczyć, a mózg dopowiada sobie to, czego oko nie dostrzegło i czasami nas w ten sposób oszukuje. Nie miałem pojęcia, że w zdaniu tym znajduje się słowo „interpreter”. A ono tam rzeczywiście jest:


Oczywiście pomyślałem najpierw, że Mikołaj nie mógł popełnić takiej pomyłki i być może interpretator zmienił się w interpretera na etapie korekty redakcyjnej tekstu bądź składu publikacji w wydawnictwie. Pospiesznie otworzyłem dokument z oryginalnym tekstem i okazało się jednak, że interpreter był od początku moją sprawką:


W zdaniu chodziło rzecz jasna o interpretatora, czyli kogoś, kto coś wyjaśnia, interpretuje, a nie o program tłumaczący instrukcje języka programowania na komendy zrozumiałe dla procesora komputera (zob. przyjęte znaczenie tego słowa w języku polskim). Nie miałem też zamiaru dawać wyrazu jakiejś manierze językowej i specjalnie posługiwać się spolszczonym angielskim terminem „interpreter”, unikając „interpretatora”.

Można powiedzieć, że glosę napisała za mnie po części inteligentna autokorekta w edytorze tekstu, poprawiając słowo interpretator – ze zjedzonymi literami – na słowo interpreter. Ostatnie akordy tak mnie pochłonęły, że po prostu nie zwróciłem na to uwagi, a niedoskonałości aparatu poznawczego zrobiły już później swoje. I naprawdę nie widziałem tego interpretera aż do wczoraj, do godziny przed północą.

Orzeczenie (nie)publikowane

Nie wyobrażam sobie, żeby w XXI wieku mogło jeszcze istnieć coś takiego jak „orzeczenie niepublikowane”, to znaczy orzeczenie Sądu Najwyższego lub sądu powszechnego, które zostało zamknięte w archiwum sądowym i nie można go znaleźć w żadnej publikacji papierowej ani w ogólnodostępnej bazie internetowej.

Publikować, żeby znać

Problem orzeczenia niepublikowanego dotyczy nie tylko ważnych orzeczeń Sądu Najwyższego: uchwał kształtujących orzecznictwo czy wyroków i postanowień, kasujących z obrotu niezgodne z prawem rozstrzygnięcia sądów niższych instancji, te bowiem prawie zawsze były w jakimś zakresie publikowane. Chodzi głównie o wyroki sądów apelacyjnych i sądów pierwszej instancji, których upowszechnienie może pomóc w ujednolicaniu orzecznictwa i realizacji zasady równości wobec prawa (zewnętrzna sprawiedliwość wyroku). Istotnym argumentem jest również potrzeba kontroli poprawności stosowania prawa, którą – ze względu na uwarunkowania procesowe – nie zawsze da się (i nie zawsze warto) przeprowadzić w ramach postępowania odwoławczego lub kasacyjnego.

Na konieczność zapoznawania się z orzecznictwem w podobnych do prowadzonej sprawach zwracał uwagę Sąd Najwyższy, np. w wyroku z 30 października 2013, sygn. II KK 130/13:

„Analiza aktualnego i powszechnie dostępnego orzecznictwo Sądu Najwyższego i sądów powszechnych (por. zwłaszcza bogatą i wciąż rozbudowywaną bazę wyroków na stronie www Ministerstwa Sprawiedliwości http://orzeczenia.ms.gov.pl) w sprawach podobnych do tej, która była przedmiotem rozstrzygnięcia Sądu Apelacyjnego [...] pozwala – zdaniem Sądu Najwyższego – na dość precyzyjną rekonstrukcję oceny standardu postrzegania konsekwencji swoich zachowań przez sprawców posługujących się przemocą [...].

Praca w wannie

Specyfika mojej pracy polega na tym, że cały czas jestem w pracy. Nie chodzi o to, że zabieram do domu pracę, którą powinienem wykonać w godzinach pracy – nie ma bowiem żadnych „godzin pracy”. Nigdy bym niczego mądrego nie napisał ani nie wymyślił, gdybym chciał to robić wyłącznie w jakichś godzinach pracy, a potem fajrant. Moja praca to głównie myślenie, kombinowanie (w pozytywnym tego słowa znaczeniu), szukanie nowych rozwiązań. Nie da się tego robić na zawołanie (ja nie potrafię), a równocześnie nie da się uciec od myślenia (tego też nie umiem). W zależności od rozłożenia akcentów można więc powiedzieć, że cały czas pracuję, albo – cały czas mam wolne.

Czasami prowadzi to do zabawnych komplikacji. Kilka tygodni temu zupełnie niespodziewanie zaświtał mi w głowie pomysł na rozwiązanie jakiejś karnistycznej kwestii; jedyny minus tej sytuacji był taki, że wpadłem na ten pomysł w wannie. Zazwyczaj taka niespodziewana myśl zaczyna od razu pączkować, pojawia się szereg kolejnych myśli i wniosków. Jeśli te ulotne myśli nie zostaną od razu zanotowane, mogą już po kilku chwilach bezpowrotnie przepaść.

Po czym rozpoznać drużynę koszykarzy?

Z niecierpliwością oczekiwałem na grudniowy numer „Orzecznictwa Sądów Polskich” i wreszcie dzisiaj doczekałem się. Można w nim przeczytać moją glosę, której ukazanie się zwiastowałem na blogu kilka tygodni temu.

Gdy wziąłem do ręki najnowszy numer OSP bardzo się ucieszyłem, ponieważ uwielbiam pierwszy raz czytać swoje teksty już po ich ukazaniu się w formie drukowanej. Od wysłania tekstu do jego publikacji mija sporo czasu – wystarczająco dużo, by autor przestał być przywiązany do swojego dzieła. Warto wtedy wcielić się w rolę czytelnika, tak jakby czytało się nie swój tekst i spróbować go ocenić: czy jest spójny, czy przejścia pomiędzy poszczególnymi wątkami są płynne, a wnioski klarowne. Każdy, kto dba o swój warsztat i wie, że nie wie jeszcze wszystkiego, powinien krytycznie czytać przede wszystkim swoje dawne teksty. Zawsze zwracam też uwagę na rzeczy, które nie interesują zbyt wielu osób, np. jak tekst rozłożył się na poszczególnych stronach, ile wyszło akapitów na jednej stronie albo ile miejsca zajęły przypisy. Nie da się tego zobaczyć w dokumencie tekstowym przed jego składem do wersji drukowanej.

To już w sumie trzecia glosa, którą publikuję w „Orzecznictwie Sądów Polskich”. Pierwsza była związana ze sprawą Nergala, druga zaś dotyczyła rozgraniczenia usiłowania i przygotowania do kradzieży w supermarkecie – o tej ostatniej glosie stwierdziłem na blogu, że jej pisanie sprawiło mi prawdziwą przyjemność. O najnowszej publikacji mogę powiedzieć to samo, a nawet więcej: zaliczam ją do jednej z najbardziej udanych prac, jakie dotychczas miałem przyjemność opublikować.

Pomieszanie z poplątaniem

Przed wydziałową czytelnią dyskutowałem dziś z Markiem Sławińskim o niesprawczych formach przestępnego współdziałania, odniesionych do czynu zabronionego popełnionego w warunkach ciągłości. Marek spytał mnie, czy poruszam tę kwestię na ćwiczeniach z części ogólnej prawa karnego. Odparłem, że dotychczas nie akcentowałem tej problematyki na ćwiczeniach, być może niesłusznie.

Wyjaśniając to nieco zawiłe określenie, chodzi o podżeganie lub pomocnictwo do czynu innej osoby, charakteryzującego się ciągłością w rozumieniu art. 12 k.k., np. o podżeganie do podjęcia w krótkim odstępie czasu szeregu drobnych kradzieży w supermarkecie albo pomocnictwo do popełnienia tego samego dnia na jednym osiedlu kilku kradzieży z włamaniem.

Rozmowa z Markiem na temat krzyżowania się i zazębiania różnych konstrukcji prawnych podsunęła mi świetny pomysł dydaktyczny. W celu ukazania bogactwa możliwych wariantów powstałych ze skrzyżowania poszczególnych instytucji kodeksu karnego, można zadać studentom następujące zadanie:

1. Wymyśl stan faktyczny ilustrujący następującą konstrukcję normatywną:

Pomocnictwo we współsprawstwie do sprawstwa polecającego zabójstwa.

A oto inny przykład; proszę spróbować wymyślić jakiś stan faktyczny, który pod niego podpada:

2. Sprawstwo polecające usiłowania podżegania do czynu ciągłego, polegającego na współsprawstwie w pomocnictwie do kradzieży z włamaniem popełnionym przez osobę niepoczytalną.

Położyła się, by zginąć

1 stycznia ubiegłego roku odnotowałem na blogu następujący incydent, do którego doszło podczas sylwestrowo-noworocznej nocy.

Grupa młodych ludzi otoczyła samochód, którym podróżował starszy mężczyzna z żoną i wnukiem. Grupa zachowywała się agresywnie. Jeden z mężczyzn zaczął uderzać kijem w przednią lewą szybę pojazdu, a pozostali szarpali za klamki.  Wystraszony kierowca ruszył. Nie widział, że w międzyczasie przed pojazdem położyła się na jezdni pijana kobieta w dziewiątym miesiącu ciąży. Przez kilkadziesiąt metrów samochód pchał kobietę przednimi kołami, a potem po niej przejechał. Matka zmarła w szpitalu, dziecko po zabiegu cesarskiego cięcia walczyło o życie przez kilkanaście godzin, niestety również zmarło.

Według pierwszych ustaleń z ubiegłego roku kobieta miała zahaczyć o przejeżdżający pojazd i dostać się pod koła. Uczestnicy zdarzenia, którzy atakowali samochód konsekwentnie twierdzili, że kobieta nie kładła się na jezdni, lecz została potrącona. Prokuratorom udało się jednak zweryfikować tę wersję wydarzeń. Według zeznań trzech niezależnych świadków kobieta sama położyła się przed samochodem. Miała mówić, że zatrzymanym „nie pozwoli odjechać”. Ten przebieg wydarzeń potwierdziło nagranie video zarejestrowane kamerą umieszczoną w innym samochodzie (zob. relację prasową).

Śledztwo zostało umorzone i kierowca nie usłyszał żadnych zarzutów.

Punkty za publikacje w 2014 roku

Na dobry początek nowego roku wpis o czymś, co dotyczy roku ubiegłego. Ostatniego dnia roku 2014 ukazała się mianowicie najświeższa lista punktowanych czasopism naukowych (zobacz tutaj). Ranking czasopism musi interesować każdego pracownika naukowego, a także doktorantów ubiegających się o stypendia na niektórych uczelniach – tam, gdzie pozycja czasopisma jest brana pod uwagę przy ocenie dorobku naukowego doktorantów (jest tak np. na Uniwersytecie Jagiellońskim).

Według opublikowanego pod koniec 2014 roku wykazu punkty przyznawane są za publikacje, które ukazały się w 2014 roku. Nowa punktacja nie jest wynikiem nowej oceny czasopism, lecz jedynie korektą ubiegłorocznej punktacji po uwzględnieniu odwołań złożonych przez redakcje (odwołania można było składać do 30 kwietnia 2014).

Tradycyjnie jak co roku zamieszczam wykaz czasopism prawniczych mających największe znaczenie dla karnistów. Korekty w stosunku do roku 2013 zaznaczyłem na poniższym wykazie czcionką pogrubioną (poprzednią listę można znaleźć tutaj).

„Prawo i Medycyna” – 7 pkt
„Studia Biura Analiz Sejmowych” – 7 pkt
„Przegląd Sejmowy” – 7 pkt
„Ruch Prawniczy, Ekonomiczny i Socjologiczny” – 7  pkt
„Palestra” – 6 pkt (korekta +2 pkt)
„Opolskie Studia Administracyjno-Prawne” – 6 pkt
„Prokuratura i Prawo” – 6 pkt
„Przegląd Sądowy” – 6 pkt
„Studia Prawnicze KUL” – 6 pkt
„Państwo i Prawo” – 6 pkt
„Studia Iuridica Agraria” – 6 pkt
„Ius Novum” – 5 pkt
„Studia Iuridica Toruniensia” – 5 pkt
„Gdańskie Studia Prawnicze - Przegląd Orzecznictwa” – 5 pkt
„Studia Prawnicze PAN” – 5  pkt
„Przegląd Więziennictwa Polskiego” – 4 pkt (korekta +4 pkt)
„Internetowy Przegląd Prawniczy TBSP UJ” – 4 pkt
„Orzecznictwo Sądów Polskich” – 4 pkt
„Studenckie Zeszyty Naukowe” (UMCS) – 4  pkt
„Studia Iuridica Lublinensia” – 4 pkt
„Paragraf na Drodze” – 3 pkt (korekta +1 pkt)
„Wojskowy Przegląd Prawniczy” – 3 pkt
„Nowa Kodyfikacja Prawa Karnego” – 3 pkt
„Studia Prawnicze. Rozprawy i Materiały” – 2 pkt
„Czasopismo Prawa Karnego i Nauk Penalnych” – brak na liście